20 maja 2012

Karaibska krucjata #1: Płonący Union Jack - Marcin Mortka


Ahoj, kamraci! Tym razem dzięki Marcinowi Mortce wybieramy się w podróż… na Karaiby. A właściwie Morze Karaibskie i jego okolice. Wracamy do epoki piratów i korsarzy i wraz z Williamem O’Connorem przemierzamy siedem mórz w poszukiwaniu spiskowca, który gotów zagrozić całym Karaibom…
William O’Connor jest oficerem służącym na liniowcu HMS „Mercury”. Czy raczej na czymś, co kiedyś najprawdopodobniej było liniowcem. Więc kiedy „Mercury” zaatakowany zostaje przez hiszpańskie fregaty, Billy właściwie bez większego żalu rozstaje się z wysłużonym okrętem i podejmuje szaleńczą próbę przejęcia „Santa Marii Magdaleny”, która, o dziwo, udaje się i O’Connnor awansuje na kapitana fregaty. Wydawałoby się, że od tej pory wszystko zacznie się układać, ale William O’Connor, jak sam zresztą wspomina na początku opowieści, „jest pechowcem”….


I właśnie wtedy, kiedy wszystko na chwilę się uspokoiło i „Magdalena” szczęśliwie zacumowała w Port Royal, na horyzoncie pojawia się pirat de Guilliera, który nie dość, że próbuje przejąć „Magdalenę”, to jeszcze ostrzeliwuje fort. Dodatkowo hrabia Christopher de Lanvierre, ostatni prawdziwy pirat z Karaibów, który zginął kilkanaście lat temu… znów sieje postrach na okolicznych wodach, a na pokładzie „Magdaleny” pojawia się diabeł morski. Nietrudno się domyślić, że załoga fregaty nagle znajduje się w samym środku zawieruchy. Tym razem jednak mogą nie mieć tyle szczęścia, a pogoń za piratami być może okaże się ostatnim rejsem w ich życiu. Ale jak trzeba, to trzeba…

Kiedy sięgałam po tę książkę, absolutnie nie wiedziałam, czego się spodziewać i obawiałam się tego, że „Karaibska krucjata” będzie po prostu polską wersją „Piratów z Karaibów”. Ale na szczęście tak nie jest, choć co uważniejszy czytelnik pewnie doszuka się kilku podobieństw między obydwoma dziełami. Marcin Mortka stworzył własną opowieść o karaibskich piratach, pełną szalonej akcji, przygód i zaskakujących wydarzeń, którą całkiem przyjemnie się czyta, choć bywają lepsze i gorsze momenty. Najczęściej po prostu nie mogłam oderwać się od lektury, z niecierpliwością czekałam na dalszy rozwój wydarzeń, ale zdarzyło mi się też kilka razy odłożyć książkę na bok, lecz teraz ciężko jest mi stwierdzić, dlaczego właściwie to zrobiłam.

Autor na ogół posługuje się prostym językiem, a choć wiele wyrazów trzeba by „zagwiazdkować” to nie rażą one bardzo, a po prostu pozwalają lepiej oddać klimat książki; w końcu co by to byli za piraci nieużywający niecenzuralnego słownictwa? Problem stanowić mogą jedynie określenia typowo marynistyczne, które dla przeciętnego czytelnika mogą być po prostu nie zrozumiałe. I dla mnie te wszystkie grotmarsle, grot sztaksle i fok bramsle stanowiły nie lada wyzwanie i sprawa wyjaśniła się dopiero po konsultacjach z „wujkiem Googlem”. Lecz choć to fachowe słownictwo może nieco utrudnić lekturę, nie wpływa w znaczący sposób na rozwój akcji i nawet laik powinien czerpać z niej satysfakcję.

Przy okazji opisywania wrażeń z lektury „Płonącego Union Jacka” po prostu nie można nie wspomnieć o załodze „Magdaleny”. Ta zebrana z różnych zakątków Karaibów zgraja składa się w większości z ludzi, którzy z jakiegoś powodu musieli uciekać z macierzystych portów, zostali skazani na śmierć czy ich wizerunki zaistniały na listach gończych. Załoga, choć z nieciekawą przeszłością, całkowicie oddana temu, kto dał im szansę na życie – kapitanowi O’Connorowi, spośród której najbardziej wyróżniają się: kuk-ludojad Butcher, szalony artylerzysta Zeeman, Pollock - lekarz kurujący wszystkich czymś przypominającym spirytus (nazwisko przecież zobowiązuje ;), cieśla mający kota na punkcie napraw statku, pierwszy oficer Fowler i Love - dowódca piechoty morskiej, zawsze nienagannie ubrany, ogolony, nawet niepocący się, „bo dżentelmenowi nie wypada się pocić”. Jeśli dodać do tego psa jakiejś szlachetnej rasy i stado rozwrzeszczanych, klnących na potęgę papug… Sami spróbujcie sobie wyobrazić, jak to wygląda. ;)

Choć „Płonący Union Jack” raczej nie jest lekturą dla wszystkich, to z pewnością jest lekturą interesującą. Sami więc musicie zdecydować czy po tę książkę sięgniecie. Ja powiem tylko, że warto. Może i nie jest to powieść z najwyższej półki, ale jeśli ktoś na gwałt potrzebuje ciekawej i lekkiej lektury, powinien zastanowić się właśnie nad książką Marcina Mortki. Naprawdę warto poświęcić trochę czasu i po prostu dać się porwać przygodzie. I to jeszcze w takim towarzystwie… Jak dobrze, że jest jeszcze jeden tom…

[Fabryka Słów 2011, 430 str.]
*pierwsze wydanie: [Agencja Wydawnicza Runa 2005]

6 komentarze:

Taki jest świat pisze...

Interesująco się zapowiada :)

Marcepankowa pisze...

Klimat nie mój, ale skoro polecasz...

santana pisze...

Może kiedyś.Pozdrawiam ;)

Irena A. Bujak (Bujaczek) pisze...

Nie słyszałam o tej serii, jakoś mnie nie ciągnie, ale nie przeczę, że może kiedyś sięgnę ;)

Cassiel pisze...

Też wcześniej nie słyszałam. Kilka miesięcy temu czytałam jakąś książkę o piratach i średnio mi się podobała, więc jeszcze pomyślę nad tą. :)

Wakacyjna pisze...

Nie czytałam jeszcze nic o piratach i po przeczytaniu Twojej recenzji widzę, że to błąd. Chętnie przeczytam książkę Marcina Mortka, mimo iż o nim wcześniej nie słyszałam ;)

Prześlij komentarz

Każdy kolejny komentarz sprawia mi masę radości, więc jeśli już tu jesteś, Czytelniku, zostaw po sobie choć mały ślad, bo to dla Ciebie piszę. :) Uważaj jednak na słowa - wypowiedzi zawierające nieuzasadnione wulgaryzmy czy obraźliwe treści będą od razu usuwane.
Osobników anonimowych proszę o podpisywanie się, niech wiem, do kogo w razie czego się zwracam.
Dziękuję! :]