23 marca 2013

Dziewiąty mag #1 - Alice Rosalie Reystone

Ariel – trzydziestopięcioletnia matka dziesięcioletniej Amandy, właścicielka przychodni weterynaryjnej i trzech tłustych kotów ma problem. I to nie mały, w dodatku wtedy, kiedy skupić musi się na wyjątkowo paskudnej sprawie rozwodowej. Problemem Ariel staje się tajemniczy mężczyzna, który ni z tego, ni z owego wkracza w jej poukładane mimo wszystko życie i oznajmia jej, że równoległy do naszego świat potrzebuje jej pomocy w… leczeniu smoków. Po długich wahaniach, choć nadal nie do końca przekonana, kobieta pozwala zabrać się do magicznej krainy, tam jednak okazuje się, że Naczelny Mag ma wobec niej nieco większe zamiary niż te, o których została powiadomiona. Czy odważy się zostać? Czy poradzi sobie tam, gdzie wszystko jest obce i inne, a najdrobniejszy jej błąd może sprowadzić na nią śmierć?

„Dziewiąty mag” to pierwsza część trylogii o tym samym tytule, stworzonej przez ukrywającą się pod obco brzmiącym pseudonimem Polkę. Niby opis potrafi zaciekawić. Magiczna kraina, czary, smoki, wszystko fajnie, pięknie, ale to już chyba było. Niemniej jednak poczułam się jak najbardziej zachęcona do sięgnięcia po tę powieść i gdy tylko dostałam taką okazję, zaczęłam czytać. Nie oczekiwałam wiele. Naprawdę. Czegoś lekkiego, przyjemnego, co umili niedługie chwile lenistwa. Niestety, nie spodziewałam się czegoś wielkiego, lecz i tak dostałam dużo mniej niż bym chciała.

Żeby nie rozpoczynać od rzeczy nieprzyjemnych zacznę od tego, co może wydać się ciekawe, czyli samego pomysłu autorki. Ten nie jest najgorszy, choć poważnie niedopracowany. Wiadomo, światy równoległe, magiczne istoty i smoki już nieraz były, ale A.R. Reystone stworzyła miejsce na tyle interesujące, by przyciągnąć do siebie czytelnika. Elfy żyjące razem z ludźmi, Oficerowie latający na pegazach i dowodzący smokami bojowymi, dziewięć miast, nad którymi władzę sprawują Naczelni Magowie, wreszcie nieznane bliżej okoliczności, w których smoki słabną, a magiczne kopuły chroniące miasta zaczynają zanikać. I oczywiście główna bohaterka, która ma temu całemu złu zaradzić w jakikolwiek sposób. Tak wiele możliwości rozwinięcia głównego wątku, rozbudowania całej historii, a tak mało umiejętności lub chęci…

Autorka posługuje się bardzo prostym językiem, nie stosuje żadnych udziwnień, niestety momentami wygląda to tak, jakby pisała nie powieść fantastyczną, a opowiastkę na dobranoc dla najmłodszych dzieci. Nie potrafi też niestety w żaden sposób wczuć się w środowisko, w jakim osadziła akcję swojej powieści, pojawiają się więc w „Dziewiątym magu” elfy używające takich słów jak „klawo”, „cholera”, itepe, itede. Tylko skąd to do nich przywędrowało? Wszak według autorki jest to odizolowana społeczność, pozbawiona jakichkolwiek wpływów z równoległego, naszego świata, dlaczego więc poważne, dojrzałe elfy mówią językiem piętnastoletnich ludzkich dzieci? Ciężko stwierdzić.

Jakby tego było mało, jeden z ważniejszych, jeśli nie najważniejszy element powieści, czyli główna bohaterka, jest chyba największą słabością tej książki. Trzydziestopięcioletnia kobieta bardzo rzadko gra w jakiejkolwiek młodzieżowej powieści fantastycznej pierwsze skrzypce, spodziewałam się więc czegoś fajnego, innego, a tu co? Dorosła kobieta zachowująca się jak nastolatka? Matka, która jest dużo mniej dojrzała niż jej dziesięcioletnia córka, (Której postać też notabene została wykreowana dość dziwacznie) reagująca na nieziemsko przystojnego Marcusa jak trzynastolatka na widok niejakiego Edwarda C.? Na początku dało się to jeszcze znieść. Z każdą kolejną przewróconą kartką robiło się coraz gorzej i autorka, zamiast skupiać się na problemie słabnących smoków i pozbawianych ochrony miast, zajęła się problemami sercowymi Ariel i towarzyszącego jej elfa. Sam Marcus wzbudził we mnie więcej sympatii niż główna bohaterka, jednak nie na tyle, bym w jakiś sposób się do niego przywiązała.

Niestety, „Dziewiąty mag”, który miał zapewnić mi niemało rozrywki, z pewnością dołożył mi kilka siwych włosów, choć momentami wciągał i po odłożeniu lektury miałam ochotę, mimo wszystko, zapoznać się z ciągiem dalszym. Sama historia w jakiś sposób mnie zaciekawiła i gdyby tylko autorka pozbyła się z powieści tego beznadziejnego wątku romantycznego i popracowała nieco nad postacią Ariel, „Dziewiąty mag” mógłby się stać książką wcale dobrą i całkiem udanym początkiem trylogii. Niestety, tym razem książki tej nie mogę jakoś szczególnie polecić. Jest to lektura raczej dla takich osób, które chciałyby w jakiś sposób się „odmóżdżyć”, na ten cel jednak nada się lepiej wiele innych tytułów. Zdecydowanie jedno z większych rozczarowań, jakich miałam okazję doświadczyć w ostatnim czasie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

[Nasza Księgarnia 2012, 544 str.]

13 komentarze:

Tirindeth pisze...

Słaba książka, więc podziękuję ;) Chociaż okładka całkiem spoko :)

Aga pisze...

Mnie się książka nawet podobała,fakt że wątek miłosny nie był atutem tej powieści, ale wrażenia podczas czytania Twojej recki...

Gosiarella pisze...

Mnie się podobała. Fakt, że wiele się po niej nie spodziewałam, ale wyjątkowo pozytywnie mnie zaskoczyła, ale gusta są różne ;)

Justine pisze...

Nominowałyśmy Cię do Liebster Award :)

Upadły czy Anioł pisze...

może się skusze, do tej pory nie myślałam zbytnio o książce "_

Querida pisze...

Okładki tej serii ogromnie mi się podobają, jednak słyszałam już wiele negatywnych opinii na jej temat. Na razie raczej spasuję. ;)

Sol pisze...

Nie byłam nią jakoś specjalnie zainteresowana i widzę, że prędko się to nie zmieni:)

Sheti pisze...

Bardzo słabo ta książka wypadła w moich oczach, bohaterowie mnie niesamowicie irytowali, a i fabuła nie byłą jakaś wyjątkowa.

Alyss pisze...

A mi się tam podobała :) chociaż w pewnym momencie to było przesłodzone.

Taki jest świat pisze...

Książki nie czytałam, może nadarzy się okazja, wtedy porównam wrażenie po jej lekturze :)

Miłośniczka Książek pisze...

recenzja dodana do wyzwania,
pozdrawiam :)

Anonimowy pisze...

Męczy mnie ta książka od paru dni. Bo niby w życiu nic tak beznadziejnego nie czytałam (a dużo czytam), ale z drugiej strony jest jakoś tak "dziwnie" beznadziejna.
I wydaje mi się, że odkryłam przyczynę. To po prostu MUSIAŁA napisać nastolatka. Jestem pewna na 99,9%. Ostatnie kilka rozdziałów przeczytałam z takim nastawieniem - i książka zyskuje dzięki temu nowe oblicze. :) Te naiwne wątki bez przyczyn, wniosków i sensu wewnętrznego. Sto miliardów pomysłów znikąd i do niczego nie prowadzących. I przede wszystkim wątek "miłosny", który brzmi jakby autorka w życiu miłości i namiętności na oczy nie widziała. Całość brzmi jak wyobrażenie trzynastolatki o dorosłym życiu. Zakładam, że córki rozwiedzionej pani weterynarz. :)
I nawet dzięki temu rozumiem dlaczego ktoś to wydał. Czytając książkę z nastawieniem, że napisało ją dziecko cały czas myślę "jakie to słodkie", "jakie to naiwne", "jakie to milutkie", a nie jak przez pierwsze 3/4 książki "jakie to absurdalnie bezsensowne". ;)

Anonimowy pisze...

I jeszcze do obronienia mojej tezy o nastoletniej autorce:
Sam język - tak NIE MÓWIĄ ludzie dorośli. I zazwyczaj w wieku dorosłym nie pamiętają już, że tak mówili.
Mądrości różne, rodem z lekcji z podstawówki - np. łopatologiczne tłumaczenie co to mikroklimat i inne tego typu.
Wyobrażenia o fantastycznym chłopaku - pamiętam, że jako kilkulatka też się tak "zakochiwałam" - tzn. zupełnie nie wiedząc co dalej, i jak to wymarzone "uczucie" miałoby się niby rozwinąć.
Styl narracji wprowadzający bez przerwy jakieś nowe pomysły, z niczym nie powiązane, do niczego nie prowadzące. Ot tak sobie wymyślone. Moja czteroletnia córeczka też mi właśnie w ten sposób "bajki" opowiada. :)

Prześlij komentarz

Każdy kolejny komentarz sprawia mi masę radości, więc jeśli już tu jesteś, Czytelniku, zostaw po sobie choć mały ślad, bo to dla Ciebie piszę. :) Uważaj jednak na słowa - wypowiedzi zawierające nieuzasadnione wulgaryzmy czy obraźliwe treści będą od razu usuwane.
Osobników anonimowych proszę o podpisywanie się, niech wiem, do kogo w razie czego się zwracam.
Dziękuję! :]