19 marca 2013

Gwiazd naszych wina - John Green

Hazel, szesnastoletnia zaledwie bohaterka powieści „Gwiazd naszych wina”, dość mocno wyróżnia się na tle innych nastolatek. Nie jest bynajmniej zniewalająco piękna, ponadprzeciętnie inteligentna ani nadzwyczaj wysportowana. Niestety. Hazel jest nieuleczalnie chora i w codziennym życiu nawet na krok nie odstępuje jej nowotwór i, ciągnięta przez nią na wózku, butla tlenowa, która pomaga jej płucom normalnie pracować. Pewnego dnia, na jednym ze spotkań grupy wsparcia, do której uczęszcza Hazel, poznaje ona Augustusa Watersa – rok starszego od niej chłopaka, któremu z powodu nowotworu lekarze byli zmuszeni amputować nogę. To spotkanie, całkiem dosłownie, odmieniło jej późniejsze życie. W jaki sposób? Co było dalej i jak się skończyło? Przeczytajcie już sami.

Na tym świecie jest tylko jedna rzecz okropniejsza niż umieranie na raka w wieku szesnastu lat, a jest nią posiadanie dziecka, które na tego raka umiera.
„Gwiazd naszych wina” już przed jej polską premierą robiła u nas nad Wisłą furorę. Po premierze było jeszcze gorzej. Wszyscy rzucili się czytać, co poniektórzy przelewać swoje wrażenia i emocje na wirtualne kartki papieru, sypiąc pochwałami, słowami zachwytu i uwielbienia dla Johna Greena, który stworzył to, co najmniej, niecodzienne dzieło. I ja się skusiłam, bo czemu nie. Niby nie moja tematyka, takie powieści zawsze wpędzają mnie w jakąś depresję po-lekturową, ale nie dałam się i przeczytałam. Otwarłam i wsiąkłam totalnie, przez kilka godzin nie zauważając toczącego się wokół mnie codziennego domowego życia. Po kilku godzinach zamknęłam. I mało się nie poryczałam. A to mi się właściwie w ogóle nie zdarza.

O umieraniu trudno jest mówić. Jeszcze trudniej – o umierających nastolatkach. John Green postawił przed sobą niełatwe zadanie, próbując opowiedzieć historię Hazel, Augustusa i Isaaca w taki sposób, by wywołała emocje, ale nie zgorszyła. By szokowała, ale nie odrzucała. Udało mu się. Te emocje wręcz wylewają się gdzieś spomiędzy kartek i nie wiadomo którędy przenikają do serca czytelnika. Od niepohamowanej złości, po radosne podekscytowanie. Od przejmującego smutku i żalu, do szalonej radości. Od zwątpienia i rezygnacji, po nadzieję i nieskończoną wiarę. Tyle sprzeczności, tyle uczuć, a tak mało słów, by móc je wszystkie opisać. Dawno tak bardzo nie „czułam” czytanej przeze mnie książki.
Na tym polega miłość. Miłość to dotrzymywanie obietnic wbrew wszystkiemu.
Niemało uczuć budzą nie tylko zachowanie bohaterów, ich życie czy przemyślenia, ale również oni sami. Szesnastoletnia Hazel, u której wykryto raka tarczycy z przerzutami do płuc. Augustus, który musi radzić sobie na co dzień z protezą nogi. Issac chorujący na raka oczu, który pewnego dnia prawdopodobnie całkiem przestanie widzieć. Żadne z nich nie ma przed sobą pewnej przyszłości, nie jest mu dane dowiedzieć się, jak długo jeszcze pożyje i czy w ogóle obudzi się następnego dnia. Choć cała trójka świadoma jest tego, że nowotwór właściwie jest dla nich wyrokiem śmierci, cały czas próbują normalnie żyć, starają się oswoić z niechcianym towarzyszem niedoli i wierzyć w to, że mają jeszcze dużo czasu na poznawanie świata. O całej trójce można powiedzieć, że są niezwykle odważni, silni, mają dystans do siebie i z uporem walczą każdego dnia o możliwość przeżycia jeszcze kilku wspólnych chwil. Poza tym po prostu jest to trójka nastolatków tak sympatycznych, że po prostu nie sposób ich nie polubić, nie przywiązać się do nich i współczuć im, wbrew zapewnieniom autora, że historia ta jest wytworem jego wyobraźni.
W miarę jak czytał, zakochiwałam się w nim tak, jakbym zapadała w sen: najpierw powoli, a potem nagle i całkowicie.
Oczywiście tam, gdzie pojawia się atrakcyjny chłopak i ładna dziewczyna musi zrodzić się uczucie, ten wątek romantyczny jednak udało się poprowadzić Johnowi Greenowi w taki sposób, że w żaden sposób nie odrzuca czytelnika swoją banalnością i zbyt dużą ilością lukru. Co też nie jest sprawą łatwą. Przedstawiona ze smakiem i wyczuciem historia dwojga zakochanych w sobie, umierających nastolatków zdaje się poruszać jakąś czułą strunę w sercu i nie sposób myśleć o nich z niejakim rozrzewnieniem i głęboką wiarą w to, że może akurat się uda.

John Green, choć porusza dość trudne tematy, pisze niezwykle lekko, z humorem, mimo opowiadania smutnej historii nie próbuje przygnębić czytelnika, ale wręcz przeciwnie – przekazać mu coś w rodzaju „Spójrz, oni umierają, ale jacy są mimo to szczęśliwi!”. Daje mu wiarę, nadzieję i momentami po prostu wprowadza w stan jakiejś takiej melancholii, zadumy… W ogóle nie dziwię się, że ta powieść zrobiła tak wielką furorę na całym świecie. Martwiłabym się wręcz, gdyby było odwrotnie. John Green autentycznie urzekł mnie opowiedzianą przez niego historią i zaciągnął mnie do grona fanów, którzy przeczytają wszystko, co wyjdzie spod jego pióra, nawet listę zakupów, jak ujęła to Hazel. Jeśli jakimś cudem jeszcze nie czytaliście tej książki – żałujcie i jak najszybciej nadróbcie zaległości. To wprawdzie nie jest tematyka dla każdego, ale mimo wszystko po tę powieść sięgnąć, dać się porwać gdzieś do Ameryki i razem z Hazel, Augustusem i Issakiem przeżywać zarówno dobre, jak i złe chwile. Teraz z niecierpliwością wyczekuję ukazania się kolejnych powieści Johna Greena i oby było ich jak najwięcej. Ja to wszystko wezmę w ciemno.

[Bukowy Las 2013, 312 str.]



9 komentarze:

Natalia. pisze...

Kocham tę książkę i, podobnie jak Ty, w ciemno sięgnę po inne dzieła Greena. Mam cichą nadzieję, że fenomenalna "Gwiazd naszych wina" i tak nie jest szczytem możliwości autora ;)

AnnieK pisze...

Ja jeszcze nie czytałam, ale mam ją już na półce.

Beata pisze...

Nigdy, ale to naprawdę nigdy nie przeczytałam jeszcze negatywnej recenzji na temat tej książki. Po prostu muszę ją mieć jak najszybciej. :)

Megajra pisze...

Kurcze, nie czytałam jeszcze żadnej negatywnej recenzji tej książki, a wprost przeciwnie, same zachwyty nad nią. Nie, nie, nie! Jak tylko będę miała okazję od razu ją zamawiam i nie ma innej opcji!

Szalona książkoholiczka pisze...

Uwielbiam tę książkę! :3

Paula pisze...

Bardzo mnie ta recenzja ucieszyła, bo widzę, że naprawdę warto się w tę lekturę zagłębić, a ja niedługo będę miała ku temu okazję ;)

Sol pisze...

Posiadam ją i niebawem mam zamiar poznać historię, którą wszyscy tak wielbią ;)

Justine pisze...

Sama nie wiem, czy po nią sięgnąć. Po twojej recenzji nabrałam na nią ochoty :)

Tirindeth pisze...

Piękna powieść, naprawdę piękna <3

Prześlij komentarz

Każdy kolejny komentarz sprawia mi masę radości, więc jeśli już tu jesteś, Czytelniku, zostaw po sobie choć mały ślad, bo to dla Ciebie piszę. :) Uważaj jednak na słowa - wypowiedzi zawierające nieuzasadnione wulgaryzmy czy obraźliwe treści będą od razu usuwane.
Osobników anonimowych proszę o podpisywanie się, niech wiem, do kogo w razie czego się zwracam.
Dziękuję! :]