5 września 2012

Trylogia Czasu #1: Czerwień Rubinu - Kerstin Gier

Rubin to początek, lecz i zakończenie.
Ech, podróże w czasie… Kto z nas nigdy nie marzył o tym, by móc choć na chwilę przenieść się w przeszłość, coś pozmieniać, może tylko powspominać? Nad stworzeniem Wehikułu Czasu ludzie zastanawiają się od dawna i zastanawiać się będą jeszcze długo, ale nie wiadomo, czy kiedykolwiek uda się ową maszynę stworzyć. Ale co, jeśli zamiast wehikułu potrzebny byłby nam po prostu odpowiedni gen, pozwalający nam na takie wyczyny? Z „Czerwieni Rubinu”, pierwszej części „Trylogii Czasu”, możemy dowiedzieć się czegoś na temat tego, jak wygląda życie takiego podróżnika i przekonać się czy możliwość przenoszenia się w przeszłość jest rzeczywiście darem, czy wręcz przeciwnie...

Gwendolyn Sheperd ma szesnaście lat. Nawet szesnaście i pół. Do tego mamę, dwójkę młodszego rodzeństwa, wredną babkę i szaloną ciotkę. I kuzynkę w jej wieku, wokół której już od dłuższego czasu wszyscy robią masę szumu tylko dlatego, że prawdopodobnie posiada gen podróży w czasie. Ale prawdziwie piekło rozpętuje się, kiedy okazuje się, że jednak to Gwen, urodzona tego samego dnia co Charlotta, obdarzona została tym darem. To jednak, zamiast szczęścia, przynosi ze sobą jeszcze więcej problemów. Gwen nie przeszła odpowiedniego szkolenia a ci, którzy powinni jej pomagać, węszą w jej nagłym pojawieniu się spisek. Natomiast Gideon, drugi z podróżników w czasie, zdaje się traktować ją jak małe dziecko i pewną przyczynę klęski swojej misji, o której dziewczyna ma niewielkie pojęcie. Niedługo potem okazuje się, że ktoś wyraźnie nie chce, aby zadanie Gideona i Gwen się powiodło. Tylko kto i dlaczego?
Co było gorsze? Zwariować czy naprawdę podróżować w czasie? Chyba to drugie, pomyślałam. Na to pierwsze pewnie można brać jakieś tabletki.
Motyw podróży w czasie, pojawiający się w „Czerwieni Rubinu” być może nie jest najoryginalniejszy, ale z pewnością na ten moment nie jest wątkiem tak przemielonym na wszystkie strony jak paranormalne istoty typu wampiry czy wilkołaki. Kerstin Gier miała więc dobry pomysł na swoją serię, który udało jej się w ciekawy sposób wykorzystać. Samo przenoszenie w czasie raczej nie zostało tu jakoś specjalnie wyjaśnione, wszystko działa na zasadzie „jestem tu, „puff” i jestem 200 lat wcześniej”, ale w żaden sposób nie odbiera to przyjemności z lektury „Czerwieni Rubinu”, która, trzeba przyznać, jest książką bardzo dobrą. Jak dla mnie na hymny i pieśni pochwalne może i nie zasługuje, ale trzeba przyznać, że Kerstin Gier wykonała kawał dobrej roboty, pisząc tę powieść.

Fabuła, choć jest dość nieskomplikowana, potrafi zaskoczyć i wciągnąć, i to tak, że nawet się nie obejrzymy, a z pierwszej strony zrobi nam się ostatnia. Akcja nie jest jakaś specjalnie dynamiczna, jednak autorka nawet na chwilę nie pozwala nam się nudzić, razem z główną bohaterką rzuca nas na głęboką wodę i na początku wiemy dokładnie tyle, co ona, czyli szczerze mówiąc, niezbyt wiele. Taki zabieg nie był jednak złym pomysłem, pokonując kolejne karty książki wraz z Gwen powoli odkrywamy kolejne wiadomości i tajemnice związane z podróżami czasie, co jest ciekawym doświadczeniem.

Z bohaterami mam problem. Wszystkie postacie zostały dobrze wykreowane, nie wydają się sztuczne i pozbawione uczuć, każda posiada indywidualne cechy, za które można ją lubić lub wręcz przeciwnie. Zarówno główna bohaterka, jak i Gideon raczej są bohaterami do polubienia, jednak mnie, choć często wręcz zabierałam się za szalenie za nimi, nierzadko też irytowali. Szczególnie chłopak. Na początku napuszony, arogancki, traktujący Gwendolyn jak zwykłego smarkacza, dość szybko przybrał postać księcia na białym rumaku, po uszy zakochanego w dziewczynie, której przecież miał nienawidzić. Z drugiej strony wygląda to podobnie. Nie są to jednak elementy, które w jakiś znaczący sposób wpływają na odbiór powieści, więc moim marudzeniem możecie się nie przejmować. ; ) W gruncie rzeczy to całkiem sympatyczni bohaterowie, z którymi raczej nie będziemy się nudzić.

Tę książkę i całą serię znają już chyba wszyscy, a jeśli ktoś nie miał jeszcze okazji czytać „Czerwieni Rubinu”, to teraz pytam: „na co jeszcze czekasz?”. Ja sama zwlekałam z sięgnięciem po tę powieść dość długo, ale moje czekanie się opłaciło i jestem bardzo zadowolona z tej książki. Może i nie jest dziełem wybitnym, ale na pewno wartym uwagi, szczególnie tych, którzy lubią motyw podróży w czasie i nie mają nic przeciwko wątkowi romantycznemu, który rozwija się tutaj dosyć prężnie. Oby tylko jak najszybciej udało mi się dorwać „Błękit szafiru”. Już nie mogę się doczekać, kiedy się dowiem, co było dalej!

[Egmont 2011, 344 str.]

6 komentarze:

Blueberry pisze...

Kocham tą Trylogię i w pełni się z Tobą zgadzam :)

Sol pisze...

Co tom, to moim zdaniem lepszy ;D Zieleń naj naj! Serię uwielbiam :)

AnnieK pisze...

Bardzo polubiłam tę trylogię.

Taki jest świat pisze...

Świetna seria ! :)

Paula pisze...

Uwielbiam tę trylogię i zazdroszczę Ci, że jeszcze lepsze części jeszcze przed Tobą :D

Marcepankowa pisze...

Bardzo lubię tę serię, więc całkowicie zgadzam się z recenzją ;)

Prześlij komentarz

Każdy kolejny komentarz sprawia mi masę radości, więc jeśli już tu jesteś, Czytelniku, zostaw po sobie choć mały ślad, bo to dla Ciebie piszę. :) Uważaj jednak na słowa - wypowiedzi zawierające nieuzasadnione wulgaryzmy czy obraźliwe treści będą od razu usuwane.
Osobników anonimowych proszę o podpisywanie się, niech wiem, do kogo w razie czego się zwracam.
Dziękuję! :]