6 czerwca 2012

Śniadanie z kangurami. Australijskie przygody - Bill Bryson


Australia. Właściwie do XVII czy XVIII wieku kontynent w ogóle nieznany, niezbadany kawałek prawdopodobnie istniejącego lądu, biała plama na mapach. Kraina kangurów, dom dużej części endemitycznych gatunków roślin i zwierząt, którą pokrywają zarówno tropikalne lasy jak i mordercze pustynie. Od momentu jej odkrycia miewała lepsze i gorsze momenty, ale trzyma się dzielnie i w tej chwili jest kwitnącym krajem, a Sydney można zaliczyć do jednych z najlepiej rozwijających się miast. Bill Bryson, znany ze swojego wyjątkowego poczucia humoru podróżnik, autor wielu książek opisujących jego przygody, zwiedził i Australię. Co z tego wynikło? Możecie przekonać się sami.


 Podczas lotu do Australii uświadomiłem sobie, trochę zawstydzony, że znowu zapomniałem, jak nazywa się ich premier. Ciągle to robię – rejestruję jego nazwisko w pamięci, zapominam je (na ogół natychmiast), a potem mam okropne wyrzuty sumienia. Wydaje mi się bowiem, że powinna istnieć co najmniej jedna osoba spoza Australii, która wie, kto rządzi tym krajem.*
Jeśli też nie macie pojęcia, kto jest premierem Australii, czym jest rip, kubomeduza czy Wielki Homar, powinniście po tę książkę sięgnąć. Bryson w „Śniadaniu z kangurami” wyjaśnia wiele tajemnic tego nie do końca gościnnego zakątka naszej planety i przedstawia fakty z jego historii, w tym wiele takich, o których prawdopodobnie nawet część Australijczyków nie ma zielonego pojęcia. W Australii przecież cały czas coś się działo i dzieje nadal. Masowe morderstwa Aborygenów, tajemnicze zniknięcie nurków podziwiających Rafę Koralową, odkrycie niewielkich „żyjątek”, które miały wyginąć 3,5 miliardy lat temu i tworzenie tajnej listy zakazanych książek to tylko niewielkie skrawki tego, co o Australii można by opowiedzieć. Oczywiście nie może tu też zabraknąć wzmianek o Melbourne, słynnej operze w Sydney czy Uluru (znanej też jako Ayers Rock). Zdecydowanie więcej jest jednak faktów raczej nieznanych przeciętnemu człowiekowi i nierzadko zaskakujących.

Jak głosi napis na okładce: „Bill Bryson to pisarska ekstraklasa, podana z rozbrajającym humorem.” I nie są to puste słowa. Pisarska ekstraklasa – rzeczywiście jest. Humor – obecny, nierzadko właśnie rozbrajający. Tak, to chyba dobre słowo. I nie ważne czy autor opisuje historię założenia pierwszych miast w Australii, opowiada o spotkanych ludziach i zwiedzanych miejscach, wspomina atrakcje, wycieczki przez busz, czy australijskie śniadania. Wszystko podane jest z dodatkiem tak dużej porcji humoru, że podczas lektury „Śniadania z kangurami” nie sposób przestać się śmiać.

- A co z rekinami? – spytałem zaniepokojony.
- E, tu prawie nie ma rekinów. Glenn, kiedy ostatni raz rekin kogoś zabił?
- Wieki temu – rzucił Glenn i zaczął się zastanawiać. – Co najmniej dwa miesiące.**

Obok zagadnień typowo historycznych dotyczących dziejów Australii pojawiają się też anegdotki z życia pisarza i jego podróży po tym kontynencie, dzięki czemu lektura nie jest nużąca. Choć same fakty z życia Krainy Kangurów nierzadko są ciekawe i wręcz zaskakujące, jak na przykład to, że wcale nie tak dawno temu Australia ot tak zgubiła (dosłownie) premiera. Od razu widać, że Bryson świetnie przygotował się do napisania tej książki, informacje są dokładne i pochodzą z wiarygodnych źródeł, więc jeśli ktoś będzie po prostu chciał dowiedzieć się czegoś właśnie na temat historii Australii, myślę, że bez przeszkód może sięgnąć po „Śniadanie z kangurami”.

Pierwszym, co rzuca się w oczy właściwie zaraz po otwarciu książki, jest właśnie wszechobecny dowcip. Autor właściwie do wszystkiego podchodzi dość humorystycznie, niejednokrotnie pokazuje też niemały dystans do samego siebie. Bryson potrafi się śmiać nie tylko z tego, że do Australii informacje ze świata dawniej docierały właściwie z kilkudniowym opóźnieniem, komuś udało się kiedyś zgubić ledwo co odkrytą na pustyni kilometrową żyłę złota a politycy przeprowadzili między sobą nadzwyczaj „interesującą” rozmowę, wymyślając przy okazji kilka nowych obelg. On i siebie nie raz, nie dwa przedstawia w krzywym zwierciadle, co czytelnikowi powinno się spodobać, tym bardziej, że sposób, w jaki Bryson opowiada, pozwala dość szczegółowo wszystko sobie zobrazować. Chcielibyście wiedzieć, w jaki sposób drzemie? O, proszę:

Moje nogi groteskowo się rozłażą a dłonie zwisają jak u małpy. Wszystkie wewnętrzne akcesoria - język, języczek, gazy jelitowe - postanawiają zobaczyć trochę świata. Od czasu do czasu, jak u zabawkowej kaczuszki, moja głowa giba się do przodu i opróżnia kwaterkę lepkiej wydzieliny, a potem odskakuje do tyłu i zaczyna się hałaśliwie napełniać jak zbiornik spłuczki toaletowej. Poza tym głośno i nieprzyzwoicie chrapię, jak postać z kreskówki: moje nadmiernie elastyczne wargi trzepoczą i z furkotem wypuszczają obłoki pary. Następnie na kilka długich chwil staję się nienaturalnie cichy, co skłania obserwatorów do wymiany zatroskanych spojrzeń i dokonania oględzin pacjenta, po czym dramatycznie sztywnieję i po kolejnej zatrważającej pauzie zaczynam szarpać i miotać całym ciałem, co przypomina spazmy osoby siedzącej na krześle elektrycznym, po naciśnięciu guzika. Potem wydaję z siebie parę przejmujących, zniewieściałych wrzasków i budzę się by stwierdzić, ze w promieniu 150 metrów ustał wszelki ruch, a dzieci poniżej ósmego roku życia panicznie trzymają się spódnic swoich mam.***

Ja właściwie od najmłodszych lat marzę o podróży do Australii. A po przeczytaniu tej książki… chce mi się tam lecieć jeszcze bardziej. Co z tego, że za cenę samych biletów lotniczych mogłabym przez tydzień a nawet dwa wypoczywać w Grecji czy we Włoszech… Australia to ciekawy kraj, o czym udało mi się całkowicie przekonać właśnie po lekturze książki Brysona, który zapewnia nas o tym co chwilę. Jedynym niewielkim minusem może być brak jakichkolwiek (wyłączając mapkę na samym początku) ilustracji czy zdjęć opisywanych zwierząt czy roślin, które wydają się być dość intrygującymi tworami. „Śniadanie z kangurami” trudno też przeczytać „na raz”. Najlepiej połykać ją fragmentami, na przykład w przerwie między innymi lekturami, bo nadmiar informacji może po pewnym czasie sprawić, że książkę będzie czytać się po prostu nieprzyjemnie. Ale tak ogólnie rzecz biorąc, naprawdę ją polecam. Czy to komuś, kto jak ja jest zafascynowany tym krajem, czy po prostu komuś, kto czuje się zainteresowany tematem i chciałby dowiedzieć się czegoś więcej. Świetna zabawa gwarantowana. :)

*str. 12.
**str. 25.
***str. 22.

[Zysk i S-ka 2011, 355 str.]

4 komentarze:

Cassiel pisze...

Uwielbiam podróże, marzę o wyjeździe do Afryki, Azji.. ale o Australii nigdy nie myślałam za bardzo. Przekonałaś mnie i z chęcią z pozycją się zapoznam jak będę miała taką okazję. :))
Pozdrawiam! :P

Marcepankowa pisze...

Chyba nie do końca mój klimat, ale nie wykluczam ;)

Jarka pisze...

Uwielbiam Brysona! Mam na swoim koncie już 3 jego książki i szykuję się na kolejną :D

Scarlett pisze...

Planuję w końcu przekonać się do książek podróżniczych. Może zacznę od tej?

Prześlij komentarz

Każdy kolejny komentarz sprawia mi masę radości, więc jeśli już tu jesteś, Czytelniku, zostaw po sobie choć mały ślad, bo to dla Ciebie piszę. :) Uważaj jednak na słowa - wypowiedzi zawierające nieuzasadnione wulgaryzmy czy obraźliwe treści będą od razu usuwane.
Osobników anonimowych proszę o podpisywanie się, niech wiem, do kogo w razie czego się zwracam.
Dziękuję! :]